Wędka zamiast ryby?

Obecna sytuacja ekonomiczno - gospodarcza, nie pozostawia trzydziestolatkom żadnych złudzeń. Otrzymanie umowy o pracę stało się jakimś niedoścignionym pragnieniem, a dla niektórych fatamorganą, co do której nigdy nie można mieć pewności, czy jest rzeczywistością, czy jedynie ułudą i urojeniem. Nie oznacza to, że młode pokolenie nie pracuje, oczywiście że istnieją i poruszają się po rynku pracy, ale trochę pod innymi formami. Wielu działa na podstawie umów o dzieło, które stały się taką normą i oczywistością, że chyba bardziej zdziwiłaby propozycja umowy o pracę aniżeli właśnie powyższa alternatywa. Weźmy na przykład pod uwagę szkoły językowe. Jeśli absolwent uczelni nie załapie się do szkoły publicznej, a nie oszukujmy się, nie załapie się chociażby z powodu niżu demograficznego, starszych, dyplomowanych nauczycieli zatrudnionych na czas nieokreślony czy zamykaniu kolejnych szkół gimnazjalnych z powodu ich nierentowności. Wówczas, jeśli będzie miał szczęście, trafi do szkoły językowej i proszę mnie poprawić jeśli ktoś z państwa zna takową placówkę zatrudniającą na umowę o pracę, ja niestety nie słyszałam o takim przypadku. Czy są przesłanki do umowy o pracę? Oczywiście, zatrudniony lektor pracuje w określonym miejscu, w siedzibie pracodawcy w określonym wymiarze i czasie. I cóż z w związku z tym? Niestety nic. Właściciele szkoły odezwą się, że nie stać ich na takie formy zatrudnienia, że co roku borykają się z coraz większym problemem znalezienia minimalnej ilości osób do zawiązania grup, a proponują umowy o dzieło ponieważ ich podwładni zobowiązują się przecież do wykonania określonego dzieła, jakim jest nauczenie innych języka …i tak dalej, i tak dalej. Czy mają swoje racje, oczywiście, że tak, tym bardziej, że tylko na moim osiedlu jest pięć szkół językowych, z których każda pewnie walczy o pojedynczych nawet słuchaczy. Tylko co z tym niby zatrudnionym, co jeśli zachoruje, co z urlopem, czy emeryturą, niestety nic z tych rzeczy, a czas nie stoi w miejscu.


Podobnie jest z umowami zlecenie, choć tutaj atutem mogą się okazać dobrowolne ale zawsze przynajmniej możliwe składki emerytalne i rentowe. To jednak małe pocieszenie, które również niczego nie zmienia w sytuacji wspomnianej powyżej choroby pracownika, czy w żaden sposób nie chroni przed nagłym zwolnieniem, bądź nie przedłużeniem umowy.


I w końcu ta trzecia alternatywa: szef bądź osoba na rozmowie kwalifikacyjnej, mówią twojej osobie jak najbardziej tak, ale pod jednym warunkiem, założysz, bądź przejdziesz na działalność gospodarczą, czy lepiej brzmiące dla co poniektórych samozatrudnienie. Ta przysłowiowa wędka jest jednak niestety rzadko kiedy ”uwolnieniem” się od byłego już pracodawcy, a obecnie, nazwijmy to klienta, a fikcją, która ma złagodzić koszty tej drugiej strony. Wiąże się to z tym, iż okoliczność samodzielnej decyzji o założeniu działalności, nie są tożsame z faktem, przed jakim stawia nas obecny bądź przyszły pracodawca. Po pierwsze nie spodziewajmy się niższych składek przez pierwsze dwa lata własnego interesu, są one bowiem zablokowane dla tych, którzy w roku bieżącym bądź nawet ubiegłym pracowały w przedsiębiorstwie, dla którego obecnie wykonują te same zadania, z tą zmianą, że czynią to na własny rachunek. Co więcej, Urząd Skarbowy jak i Zakład Ubezpieczeń Społecznych mogą stwierdzić, że przejście na działalność miało tylko charakter oszczędnościowy dla byłego pracodawcy, a nic poza samą formą zatrudnienia nie uległo zmianie. Wówczas nie tylko nasz były zwierzchnik, ale także i my musimy liczyć się z konsekwencjami prawnymi, na przykład w postaci konieczności uiszczenia kary podatkowej. Warto niestety zdać sobie również sprawę z faktu, ze po przejściu na „swoje”, oprócz wykonywania tych co zawsze świadczeń i zadań, należy zająć się rozliczaniem z urzędem, czy chociażby prowadzeniem księgowości, a to wielu napawa wręcz lękiem.


Czy nie ma zatem ratunku dla młodych, ambitnych, którzy pragnął dokładnie tego samego, co ci zatrudnieni parę lat, temu, kiedy normą było oferowanie umów o pracę? Oczywiście, że wyjście jest zawsze. Wystarczy zmienić trochę nastawienie. Zamiast płakać, że szef pragnie nas wyrolować, obróćmy całą okoliczność na naszą korzyść. Teraz to my sami możemy decydować z kim chcemy pracować! Fakt, ze pracodawca prosi nas, czy żąda samozatrudnienia jest równoznaczne z tym, że możemy współpracować z tyloma firmami ile nam się tylko żywnie podoba, i nikt nam tego nie może zabronić. Co więcej, możemy zabezpieczyć się prawnie na przykład w postaci dobrze skonstruowanej umowy, w której możemy chociażby ustalić czas trwania współpracy, czy honorarium jakie chcielibyśmy otrzymać.  A to już przecież konkrety. Być może okaże się, ze dzięki współpracy z kilkoma podmiotami wiedzie nam się lepiej niż na etacie, być może postanowimy rozszerzyć nasze usługi czy działalność, scenariuszy jest naprawdę sporo. A to, czy bardziej opłaca nam się wędka, czy ryba, zależy w znacznej mierze od nas samych.

[MOBILE]

 


 

 

Powrót do strony z artykułami

 

 


 

AVENHANSEN Sp. z o.o. zezwala na kopiowanie i wklejanie na inne strony internetowe powyższego artykułu pod warunkiem dodania pod artykułem poniższego tekstu i dodania linka do tej strony:

Artykuł jest własnością firmy szkoleniowej AVENHANSEN Sp. z o.o.

Link do artykułu »

 


 

Podziel się spostrzeżeniami i przemyśleniami na temat opisywanego zagadnienia.

 

 
Wędka zamiast ryby?
Oceny: 4 z 5 z 21 głosów